Jak co roku o tej porze zakwitły kasztany i jak co roku, choć maturę mam za sobą od dawna, to myśli kierują się w jej stronę narybku wypuszczającego się na szersze wody. W tym roku tematy poszczególnych przedmiotów interesowały mnie szczególnie, jako że Juniorka brała w maturze czynny udział. Ale nie wszystkim jej przyjaciołom było dane.
Kubuś dzielił z moją Juniorką już przedszkolny stoliczek, szafki w szatni mieli również niedaleko siebie.To był słonecznie pogodny chłopiec, kolejne żywe srebro, zaraz po mojej Juniorce. Znam jego rodziców, swego czasu pracowaliśmy trochę razem, tata inteligentny, błyskotliwy, mama opiekuńcza, trochę może nawet nadopiekuńcza i odrobinę jakby roztrzepana. No, ale nikt nie jest idealny.
Razem uczęszczali do szkoły muzycznej, Kubuś w klasie gitary a Juniorka w klasie fortepianu.Widywałam go na spotkaniach i imprezach szkolnych, czasem zagadnęłam. Potem przyszło gimnazjum, które rozdzieliło ich uczniowską karierę, ale spotkali się w liceum w klasie o tym samym profilu.
Ogromny temperament i niezliczona ilość pomysłów na minutę Juniorki zaowocowało dość zgraną paczką, w której bywał i Kuba. Tak, bywał, bo z tego co przekazywała mi Juniorka Kuba nie miał łatwo w domu. Pomijam fakt, że nieliczona ilość imprez owej paczki i również i mnie często niepokoiła, czasem wręcz złościłam się na nią, że zamiast przyłożyć się do systematycznej nauki woli ganiać z ogniska na ognisko. Wiedziałam jednak, że zbyt krótkie trzymanie, blisko maminej spódnicy nie pozwoli jej nauczyć się funkcjonowania w świecie. A to właśnie po to, żeby w momencie wyfrunięcia z domu nie poczuła się jak pies spuszczony z łańcucha, brak kierującej ręki i nadzoru nie spowodował zachłyśnięcia się dorosłością. Kiedyś usłyszałam mądrą rzecz od swojej starszej koleżanki na temat wychowywania, młodzi muszą spróbować wszystkiego, wtedy będą mieli rozeznanie, co jest dobre, a co nie. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku.
Kuba nie miał takiej swobody jak pozostała wiara. Może też i dlatego, że bywał dość roztargniony. Np. pewnego dnia wieczorem jego mam przyszła do mnie zapłakana zapytać, czy nie ma Kuby u nas. Bo nie zabrał swojej komórki i nie może się z nim skontaktować, a nie wrócił po szkole do domu. Juniorka zdążyła wcześniej z domu wybyć, z tego co wiem byli z paczką na pizzy. Zadzwoniłam do niej, ale Kuby z nimi nie było, obiecała, że poszukają go i dadzą znać. Uspokoiłam mamę, żeby się nie martwiła i poczekała na niego w domu. Kuba się znalazł, zaraz po szkole wraz z kolegą siedli do jakiejś absorbującej gry i o bożym świecie zapomnieli.
Pod koniec marca tego roku byłam przez kilka dni poza domem. Podczas jednej z naszych telefonicznych rozmów Juniorka zapytała, czy nie mogłabym zadzwonić do mamy Kuby, bo on kilka razy zemdlał w szkole, a rozmowy z nim nic nie dają. Coś było nie tak. Telefonu do jego mamy nie miałam, ale poprosiłam koleżankę, która mogła mieć kontakt a mamą Kuby. Zdobyłam numer i zadzwoniłam. Skoro "małolaty" zaczęły się martwić o Kubę, to naprawdę jest coś nie tak, tym bardziej, że matura zapasem, a co będzie, jak zasłabnie w trakcie? Obiecała, że się tym zajmie, podziękowała za wiadomość.
Po jakimś czasie dowiedziałam się, że Kuba jest w szpitalu, że robili mu badania, fizycznie był zdrowy. Później, że jest w innym szpitalu, gdzieś dalej. Na matury nie wrócił, być może będzie pisał w tzw. terminie dla wypadków losowych, albo z poprawkowymi.
Słyszałam pojedyńcze historie jego dotyczące, zapewne już po czasie, jak już przerwał naukę o ambicjach mamy Kuby, o tym, że nie wpuściła go do domu jak spóźnił się na umówioną godzinę i stał na klatce, że chciał iść do zakonu, że mawiał, że zrobi sobie coś złego. Nie wiem, czy mogłam zrobić coś więcej ponad to. Teraz mam nadzieję, że Kuba dostanie odpowiednią pomoc i że ten wysoki, piękny chłopiec, mężczyzna na jakiego wyrósł wróci na swoją dobrą drogę.

