iWoman.pl iWoman.pl

przejdź do listy blogów przejdź do serwisu

LogowanieRejestracja

zakwitły kasztany

Jak co roku o tej porze zakwitły kasztany i jak co roku, choć maturę mam za sobą od dawna, to myśli kierują się w jej stronę narybku wypuszczającego się na szersze wody. W tym roku tematy poszczególnych przedmiotów interesowały mnie szczególnie, jako że Juniorka brała w maturze czynny udział. Ale nie wszystkim jej przyjaciołom było dane.

Kubuś dzielił z moją Juniorką już przedszkolny stoliczek, szafki w szatni mieli również niedaleko siebie.To był słonecznie pogodny chłopiec, kolejne żywe srebro, zaraz po mojej Juniorce. Znam jego rodziców, swego czasu pracowaliśmy trochę razem, tata inteligentny, błyskotliwy, mama opiekuńcza, trochę może  nawet nadopiekuńcza i odrobinę jakby roztrzepana. No, ale nikt nie jest idealny.

Razem uczęszczali do szkoły muzycznej, Kubuś w klasie gitary a Juniorka w klasie fortepianu.Widywałam go na spotkaniach i imprezach szkolnych, czasem zagadnęłam. Potem przyszło gimnazjum, które rozdzieliło ich uczniowską karierę, ale spotkali się w liceum w klasie o tym samym profilu.

Ogromny temperament i niezliczona ilość pomysłów na minutę Juniorki zaowocowało dość zgraną paczką, w której bywał i Kuba. Tak, bywał, bo z tego co przekazywała mi Juniorka Kuba nie miał łatwo w domu. Pomijam fakt, że nieliczona ilość imprez owej paczki i również i mnie często niepokoiła, czasem wręcz złościłam się na nią, że zamiast przyłożyć się do systematycznej nauki woli ganiać z ogniska na ognisko. Wiedziałam jednak, że zbyt krótkie trzymanie, blisko maminej spódnicy nie pozwoli jej nauczyć się funkcjonowania w świecie. A to właśnie po to, żeby w momencie wyfrunięcia z domu nie poczuła się jak pies spuszczony z łańcucha, brak kierującej ręki i nadzoru nie spowodował zachłyśnięcia się dorosłością. Kiedyś usłyszałam mądrą rzecz od swojej starszej koleżanki na temat wychowywania, młodzi muszą spróbować wszystkiego, wtedy będą mieli rozeznanie, co jest dobre, a co nie. Oczywiście wszystko w granicach zdrowego rozsądku.

Kuba nie miał takiej swobody jak pozostała wiara. Może też i dlatego, że bywał dość roztargniony. Np. pewnego dnia  wieczorem jego mam przyszła do mnie zapłakana zapytać, czy nie ma Kuby u nas. Bo nie zabrał swojej komórki i nie może się z nim skontaktować, a nie wrócił po szkole do domu. Juniorka zdążyła wcześniej z domu wybyć, z tego co wiem byli z paczką na pizzy. Zadzwoniłam do niej, ale Kuby z nimi nie było, obiecała, że poszukają go i dadzą znać. Uspokoiłam mamę, żeby się nie martwiła i poczekała na niego w domu. Kuba się znalazł, zaraz po szkole wraz z kolegą siedli do jakiejś absorbującej gry i o bożym świecie zapomnieli.

Pod koniec marca tego roku byłam przez kilka dni poza domem. Podczas jednej z naszych telefonicznych rozmów Juniorka zapytała, czy nie mogłabym zadzwonić do mamy Kuby, bo on kilka razy zemdlał w szkole, a rozmowy z nim nic nie dają. Coś było nie tak. Telefonu do jego mamy nie miałam, ale poprosiłam koleżankę, która mogła mieć kontakt a mamą Kuby. Zdobyłam numer i zadzwoniłam. Skoro "małolaty" zaczęły się martwić o Kubę, to naprawdę jest coś nie tak, tym bardziej, że matura zapasem, a co będzie, jak zasłabnie w trakcie? Obiecała, że się tym zajmie, podziękowała za wiadomość.

Po jakimś czasie dowiedziałam się, że Kuba jest w szpitalu, że robili mu badania, fizycznie był zdrowy.  Później, że jest w innym szpitalu, gdzieś dalej. Na matury nie wrócił, być może będzie pisał w tzw. terminie dla wypadków losowych, albo z poprawkowymi.

Słyszałam pojedyńcze historie jego dotyczące, zapewne już po czasie, jak już przerwał naukę o ambicjach mamy Kuby, o tym, że nie wpuściła go do domu jak spóźnił się na umówioną godzinę i stał na klatce, że chciał iść do zakonu, że mawiał, że zrobi sobie coś złego. Nie wiem, czy mogłam zrobić coś więcej ponad to. Teraz mam nadzieję, że Kuba dostanie odpowiednią pomoc i że ten wysoki, piękny chłopiec, mężczyzna na jakiego wyrósł wróci na swoją dobrą drogę.

 

 

 

Komentarze (0)
why does my heart feel so bad?

Otóż to, dlaczego?

Ponarzekać na pogodę? Niby po co? Źle nie jest, bo choć bywa przeważnie zimno okrutnie, mokro od deszczu, bywają przecież pojedyńczo, niczym perełki dni od samego wschodu słońcem okraszone. Zaczyna się pracowity bzyk wokół wszelkiego kwiecia, bo samego kwiecia jest zatrzęsienie. Dookoła pachnie i cieszy oczy kwiat nie tylko owocowy i zieleń, najpiękniejsza właśnie teraz: soczyście jaśniutka, młoda, latosia. Zwierzaki też aktywowały swoje futrzane powłoki. Na ten przykład taka Pani Kotka. Całą zimę grzecznie na kolanach swojej pani, grzała i mruczała. Jednak wraz z nadejściem dłuższych dni jej domowy pobyt zmniejszał się. Teraz przychodzi się tylko najeść i napić oraz po porcję pieszczot. I tyle Ją widzieli. Hmm.., czasem jeszcze tylko jakieś drobne zwłoki znajduję na trawniku, pewnie w ramach podziękowań, brrr... kocia natura!

A propo's trawnika, już się prosi o skoszenie, tylko jak tu wyściubić nosa poza cieplutki dom? Eee.. poczekam. Aż się ociepli. Poczekam na więcej słońca.

Po weekendowym rozpoczęciu sezonu grillowego mam pamiątkę. Zmarzłam w nogi i po książkowych trzech dniach stałam się "dumną" posiadaczką zimna na ustach. Jeśli wierzyć reklamie powinnam chodzić w kasku na głowie ;) Zovirax nie działa - ma dziwną właściwość zesmarowywania się z posmarowanego miejsca. Heviran również wypadł po dwóch seriach - po pierwszej serii dwóch opakowań miałam pół roku spokoju, druga pomogła tylko do momentu skończenia się tabletek. Ratują mnie jeszcze patch-plastry Compeed. Sam jeden naklejony plasterek nie pozolił rozwinąć się i pomógł zagoić opryszce. Pół roku z głowy! Bez konieczności połykania kilka razy dziennie czegokolwiek. Mam nadzieję i tym razem na taki finał.

Ale to wszystko nic, kiedy zawodzi człowiek. Kiedy dostrzegasz nagle bezsens jego słów, kiedy wyczerpany kredyt zaufania daje przykry znak, to NIE JEST TAK jak CHCESZ myśleć. Szukanie prawdy w człowieku nie ma sensu, takiej prawdy nie ma. Pozostaje teatr, lalek i cieni. Przykro mi.

Komentarze (2)
biało i czerwono

Tak, jestem pod wrażeniem.

To nie jest tylko wrażenie niezwykle długiego niedowierzania w to, co się wydarzyło, w to, co zobaczyliśmy i odczuliśmy po tragedii w Smoleńsku. To wciąż się dzieje i dziać się będzie, póki nie wrócą wszyscy do kraju, póki rana nie zabliźni się.

Jestem pod wrażeniem zmiany, w nas, samych. To jakby opadły szare maski zobojętnienia i ukazały się twarze ludzi współodczuwających, zwyczajnie ludzkich. Potrafimy rozmawiać i pomagać sobie, być obok siebie i dla siebie. Potrafimy pokazać kim jesteśmy. Tak było w Warszawie, pod Pałacem Prezydenckim, gdzie przewijały się tysiące ludzi, tak było w Krakowie, gdzie para prezydencka zatrzymała się na zawsze.

W niekłamanych poczuciu dumy patrzę na nieznikające flagi białoczerwone opasane kirem żałobnym. Są one wszędzie, na budynkach większych i mniejszych, łopocą na wielu autach. Niczym pospolite ruszenie.. do flag.

"Bo Ojczyzna to nie groby i ziemia, Ojczyzna jest w nas, jeśli ją tam potrafimy znaleźć i unieść".

Komentarze (4)
wizualizacja - czyli ratuj się kto może

A kto nie może, to niech go ratuje nasza chora służba zdrowia.. choć w tym przypadku - muszę przyznać - zajęli się przypadkiem solidnie.

To, co napiszę poniżej, wynika z autopsji autora, napisane z pewnej perspektywy, być może i z dystansem. Otóż, w pewnym wieku zaczynają sie imać człowieka rozmaite draństwa (taka była diagnoza uznanego otolaryngologa - już w czasie życia płodowego, schodząca tarczyca może zostawić pojedyńcze komórki, które właśnie w pewnym wieku mogą "dziwaczeć" mówiąc oględnie). Tak było i w moim przypadku, w którym to z niepokojem zaczęłam obserwować u siebie powiększający się guz na szyi. W niedługim czasie, około 3 miesięcy (od świąt Bożego Narodzenia do mniej więcej końcówki marca, okres był dość nerwowy) urosło to to do kilku centymetrów i nie dość, że wyglądało nieestetycznie, to jeszcze w końcowej fazie owej historii powodowało zanikanie głosu.

Udałam się w drogę po służbie zdrowia, zdobyłam diagnozę - guz środkowy szyi, ponoć niegroźny, ale lepiej się pozbyć - oraz sam termin operacji. Zdeterminowana realiami (po primo: pan wykonujący USG spojrzał na mojego mutanta z podziwem?-przestrachem?, po czym skwitował: - ale sobie pani uchodowała, po secundo: robiło się coraz cieplej, a moim stałym elementem ubrania musiała stać się apaszka zasłaniająca moją wątpliwą ozdobę i notorycznie przegrzewającą mi szyję) nie zastanawiałam się nawet sekundy, usunę to to i po sprawie! Pomimo, że w internecie nie znalazłam na ten temat wiele, a to co znalazłam uświadomiło mi zagrożenie związane z sama operacją: wycięcie guza razem z kością gnykową, pomijając standardowe powikłania przy czy po operacyjne, moje struny głosowe mogły być w niebezpieczeństwie.

Do operacji zostało mi już tylko jakieś 1,5 tygodnia. W pracy przygotowane było zastępstwo, ja byłam prawie spakowana. I wtedy pomyślałam o wizyalizacji. Jakieś pół roku wcześniej opowiadał mi o tym znajomy, który po wypadku miał kłopoty z kręgosłupem. Poczytałam trochę na temat technik.. co mi szkodziło spróbować? I w sumie z ciekawości spróbowałam. Dwa, trzy razy dziennie, przez minutę może dwie, wyobrażałam sobie, że zmniejszam się po czym zbliżam do mojego mutanta, który jest papierowym, dość plastycznym tworem, obejmuję go dłońmi i zgniatam, milimetr po milimetrze, tworząc kulkę, coraz mniejszą i mniejszą, po czym wyrzucam ją daleko, za siebie.

Po dwóch dniach zauważyłam, jakby mniejsze napięcie skóry szyi w miejscu guza, ON SIĘ NAPRAWDĘ ZMNIEJSZYŁ! Na tydzień przed terminem odwołałam operację. Mój guz wchłonął się w całości.

Czy to wynik moich praktyk czy może przypadek? Kto wie... tak czy inaczej dobrze jest uciec spod noża :)

Komentarze (5)
wieś

W piatkowe południe zaczynało mnie nosić. Mając w perspektywie orkę od poniedziałku, postanowiłam oderwać się od rzeczywistości, urwać się światu - nawet kosztem niedotrzymania obietnicy odwiedzin koleżanki (wytłumaczę się, przeproszę i znajdziemy nowy termin) - i wyskoczyć na dwa dni na wieś. To daleka dość wieś, dosięgalna po kilkugodzinnej podróży z przesiadką, ale te kilkanaście godzin w ciszy i spokoju - marzenie.

Zamysł wprowadziłam w czyn, przypłaciłam tylko zmoczeniem butów w pośpiesznej ewakuacji z miasta. Nie ważne, mokre skarpety zmieniłam - tak spędziłam podróż, a przy wyjściu wsunęłam w buty podpaski, żeby wchłonęły wilgoć. W efekcie - było prawie sucho.

Sobota upłynęła mi na nic-nie-robieniu. To jest akurat to, co lubioą wszystkie Kubusie Puchatki świata, a mnie było potrzebne po niedawno wyleczonej chorobie. Napawałam się pustkowiem dookoła, wsłuchiwałam w pierwsze śpiewy ptasie, cieszyłam w grzejących promieni słońca. Akumulatory naładowałam na cały tydzień i w dobrym humorze poddałam się szaleństwu powrotu. Szaleństwu, bo wolałabym zostać..

Komentarze (4)
autostrada "do nieba"

Pokaż mi swoje drogi, a powiem ci w jakim kraju żyjesz - teraz można już śmiało użyć parafrazy - wszak im drogi lepsze, tym kraj majętniejszy (albo odwrotnie?). Dość, że zazdrośnie za Odrę do sąsiadów zerkamy, wzdychając do TAKICH warunków na drodze. Tak czy inaczej dobrych dróg i nam trzeba, bo czas którym dysponujemy właściwości do kurczliwości objawia, a do przejechania coraz jakby więcej.

I szczerze mówiąc rośnie serce z jednej strony, kiedy powstają owe drogi, mozolnie i po kawałku, tu i ówdzie, jak okiem sięgnąć poprawiają, budują, choć jednocześnie utrudniają - co z drugiej strony zalaniem krwią (w przenośni i dosłownie zarazem) grozić może.

Pewnego pięknego dnia wracałam z Krakowa, rozanielona, bo jakże by inaczej po pobycie w mieście aniołów. Pomna jednak przygody, która miała miejsce przed kilkoma dniami, kiedy to niewielki kamyczek spod kół mojego poprzednika pozostawił po sobie pół centymetrową rysę na przedniej szybie. Szybę wymieniono, tylko co wyjechałam z serwisu po załatwieniu spraw z ubezpieczeniem.

A remonty i prace drogowe jak okiem sięgnąć, ciężarówki rozmaitego kalibru, wyminiesz jedną, a za chwilę masz przed sobą nastepną. Tak było mniej więcej na wysokości Siedlec, kolejna ciężarówka, podejście do wymijania kiedy niespodziewanie zza plandeki wystartował w moją stronę niezły kamyk wielkości... MELONA! Szczerze mówiąc widziałam go już oczami wyobraźni w swoim aucie, nie powiem na czyjej głowie. Skręt kierownicą w lewo zmienił trajektorię lotu "kamyka", odbił się od przedniej maski i poszybowałza auto przecierając jeszcze prawy słupek. Zaczęło się całe zamieszanie, oświadczenie kierowcy ciężarówki, który był szczerze zdziwiony sytuacją (conajmniej dwie osoby mogły stracić życie), próba zawiadomienia policji (odmówili ogledzin twierdząc, że takie rzeczy się zdarzają (sic!) - a na marginesie, gro stróżów prawa było pewnie pod sejmem w swojej-policyjnej sprawie- tego dnia doniosło o tym radio

. I znów serwis - tym razem wgnieciona i porysowana maska, słupek oraz prawe lusterko. Ale to nie kamyków trzeba się bać, tylko ludzkiej bezmyślności i głupoty. A ja.. od tamtej pory nie znoszę ciężarówek.

 

 

Komentarze (1)
urodziny czy imieniny?

Zwyczaj świętowania imienin wywodzi się prawdopodobnie z tradycji chrześcijańskiej, to zwyczaj czczenia pamięci osób świętych i błogosławionych. Nie jest to data ich imienin, a dzień w którym np. umarli. Imieniny to dzień, kiedy prosi się patronów o pomoc i wsparcie w trudnych sytuacjach, dziękuje za całoroczną opiekę. Imieniny powinny przypadać po urodzinach, więc obchodzimy pierwsze, które trafią nam w kalendarzu po urodzinach właśnie.

Jednak nie wszystkie imiona mają swoich świętych, kto w takim razie i jaką kierując sie zasadą umieszcza je w poszczególnych dniach? Z tego co mi wiadomo, to jedynie w Szwecji listę imienin z datami publikuje Królewska Akademia Nauk, a imieniny świętuje się jeszcze np. na Bawarii, w Grecji, na Węgrzech, Czechach i Łotwie oraz w Rosji.

Z okazji wczorajszego dnia swoich imienin, czy raczej daty, w której umieszczono moją patronkę poinformowałam swoich gości, że ostatni raz z tej okazji spotykamy się w tym zimnym miesiącu. Za rok mam zamiar świętować w cielpelszej aurze, czyli w sierpniu. Choć i tak mam wątpliwości co do zasadności świętowania imienin, bo niezły z nimi bałagan. W jednym kalendarzu są, w innym nie ma, niektóre potrafią pojawiać się kilkanaście razy do roku (jeśli nie kilkadziesiąt). Co innego urodziny, jedna data i już, bez zastanawiania się i kombinowania. I tak już jest, że urodziny obchodzę w gronie najbliższej rodziny, moje córki nie mają wątpliwości kiedy przypada ich święto. Imieniny zaś są dla dalszej rodziną i przyjaciół. Też niezły galimatias, co?  :)

Komentarze (2)
Iść, ciągle iść w stronę słońca...

Pamięta ktoś taką piosenkę?

Mam dość białego! Dość rękawiczek, szalików, czapek, ciepłych kurtek, butów i mrozu! Chcę ciepełka, lekkiego zefirku, możliwości posiedzenia z książką w ogrodzie. Choć na chwil parę, na trochę.....

Pewnie ameryki nie odkryję, jak napiszę, że takiej ilości śniegu nie widziałam od dzieciństwa. I to wcale nie z powodu szczególnego położenia geograficznego, bo są miejsca, gdzie jest białej masy jeszcze więcej (np. Wielkopolska, gdzie brak zalesienia gruntu powoduje nawiewanie tej dobroci w ogromne góry).

Ale kiedyś kręciły sanki, łyżwy i narty a postawienie bałwana z marchewkowym nosem było punktem honoru. Śnieg mógł był leżeć i dłużej, nie tęskniło się do lata.

A teraz? W ciągłej bieganinie między domem a pracą zima się już przykrzy. Rosnące stosy śniegu tworzą iście kosmiczny krajobraz, zaczynają tonąć auta, ludzie, ba, nawet drzewa zdają się jakby mniejsze. Tylko patrzeć, jak zasypie nas z kretesem!

Żeby ratować sytuację wstąpiłam do sklepu ogrodniczego, kupiłam wiosenną cebulkę i mam zamiar hodować słońce.

 

Komentarze (5)
żółtodziób na pokładzie

Od zawsze wiedziałam, że jestem zatwardziałym szczurem lądowym. Pamiętam nawet wycieczkę nad morze gdzieś w zamierzchłym dzieciństwie, kiedy to zamiast podziwiać widoki z pokładu, czy nawet zza okna wodolotu, podziwiałam … sanitariaty. Podróż, która miała być przyjemnością była w rzeczywistości straszliwą męką. Spacerniaki żeglugi śródlądowej co prawda nie wywoływały takich dolegliwości, ale moja nieufność pozostała.
Z tego tez względu, z taką samą obawą i po wielu namowach zgodziłam się przyjąć zaproszenie od znajomych na pokład jachtu. Oczywiście jako balast, bo na wiązaniu supełków, rozwijaniu i zwijaniu żagla nie miałam najmniejszego, zielonego nawet pojęcia, w przeciwieństwie do mojej córki, która dwa lata pływała na niewielkiej żaglówce dwuosobowej typu Kadet. Była nawet w kadrze wojewódzkiej, a sezon zakończyły drugim miejscem w tej klasie w zawodach ogólnopolskich.
 
Dzień był wymarzony, słońce i wiatr, na szczęście niezbyt duży. Jacht posiadał dwa żagle – teraz pewnie narażę się pasjonatom żeglowania, bo nazwać ich nie jestem w stanie, ani żadnej z lin podtrzymujących – jeden duży i drugi mniejszy, które w zależności od potrzeby złapania wiatru można ustawiać równolegle lub na krzyż. To była sportina, dość lekka i zwinna łódź, którą można nieźle pruć jak powieje odrobinę. Było cudnie. Mijaliśmy zatoczki, las. W jednym miejscu widzieliśmy kołujące dwa dość duże ptaki – to były orły pomieszkujące w tych lasach. Niesamowite w żeglarstwie jest to, że opuszczając ląd wpływa się w zupełnie inny świat. Gdzieś daleko zostają lądowe sprawy, troski, ludzie, pozostaje tylko to, co jest na pokładzie, słońce, wiatr, ptaki i pluszcząca o burtę woda. Rejs nie był długi, od wschodu do zachodu słońca, ale nie żałuję, że dałam się namówić. To bardzo dobry sposób na odreagowanie, na spojrzenie na wszystkie ziemskie sprawy z dystansu, na porządny relaks.

Komentarze (2)
recepta sponsorska

           Wiek dojrzały czeka na każdego z nas. Jednym bardziej innym trochę mniej da się we znaki.
Ze służbą zdrowia niestety nie spotykać się nie da, tym bardziej w tym zaawansowanym wieku. Pobożnym życzeniem jest, oby te spotkania nie pozostawiały po sobie kaca moralnego... pół biedy, jeśli to własny kac, gorzej, kiedy odczuwać go trzeba za innych.
            Seniorka rodu wybrała się z niemałym trudem po poradę i lekarstwo. Dobrotliwa pani doktor (miło jakże z jej strony, doprawdy), w trosce o emerycki portfel, zaproponowała lekarstwo, inne niż przepisywane dotychczas, identyczne w składzie i działaniu, a tańsze. Starsza pani szczęśliwsza o ten drobny gest dobroci, potruchtała do apteki. Z konsekwentną dokładnością zapytała pani magister ile tańszy będzie ten medykament od poprzedniego. Jakież było jej zdziwienie, kiedy okazało się, że zamiast tańszego specyfiku przepisano jej droższy…
No cóż droga mamo, zupełnie nieświadomie miałaś zostać jednym ze sponsorów wczasów w tropikach swojej pani doktor, bo kino domowe, wypasiona zmywarka oraz inne suweniry zapewne były wcześniej.
 
Gdzie jest prawo moralne lekarza, który związany przysięgą Hipokratesa ma nie szkodzić swoimi działaniami? Czyż to nie jest szkoda, kiedy staruszka wykupując jedno odmawia sobie drugiego, bo nie wystarczy na wszystko?
O co ja pytam… Do dziś brzmią mi w uszach słowa lekarza, który zamiast ratować człowieka dobiegającego kresu swych dni stwierdził: TAKICH PACJENTÓW JAK TEN TO JA JUŻ NIE MAM, POUMIERALI.

Komentarze (5)
1 | 2 |
Najnowsze wpisy
2010-05-16 11:58 zakwitły kasztany
2010-05-05 17:26 why does my heart feel so bad?
2010-04-20 20:47 biało i czerwono
2010-04-09 21:43 wizualizacja - czyli ratuj się kto może
2010-02-28 20:27 wieś
Najnowsze komentarze
2010-05-07 19:09
womanzone:
why does my heart feel so bad?
Panterko.. jak się okazuje, mój język nie jest tak giętki, by powiedzieć wszystko, co pomyśli[...]
2010-05-06 10:32
czarnapantera:
why does my heart feel so bad?
Rzeczywiście pogoda bardziej listopadowa niż majowa:/ I takie same refleksje. Zastanawiają[...]
2010-04-22 23:09
womanzone:
biało i czerwono
Być może nie sprecyzowałam, bo rzecz traktuje o tych tysiącach ludzi po drugiej stronie[...]
Kategorie
Ogólne
Archiwum
Rok 2010
Rok 2009